poniedziałek, 12 października 2015

Czy Bóg widzi mnie w ciemności?

Nasza najmłodsza królewna nieustannie zadaje nam ostatnio bardzo trudne pytania. No bo jak na przykład odpowiedzieć dwulatkowi na pytanie o to, co to jest prąd? Odruchowo na usta ciśnie się definicja, którą pamiętam jeszcze z lekcji fizyki, o uporządkowanym ruchu ładunków elektrycznych. Próbuję jednak uprościć temat i mówię jej, że prąd jest po to, żeby było na przykład światło. A ona na to: A co to jest światło? Odpycham w tył głowy to, co tam jeszcze pamiętam o falach elektromagnetycznych i staram się znów trochę prościej, że światło pozwala nam widzieć różne rzeczy. Agnieszce zabawa najwyraźniej bardzo się podoba, chwyta więc pierwsze lepsze ze słów z mojej odpowiedzi i pyta o to, co to jest widzieć, albo co to są różne rzeczy... i tak w nieskończoność. Człowiek zaczyna się faktycznie zastanawiać nad rzeczywistością i nad tym, jak ją zdefiniować. I uświadamia sobie, jak mało tak naprawdę wiemy o świecie, choć próbujemy ubierać to trochę, co udało nam się odkryć, w wielce uczone słowa.

Tymczasem jednak przypomniało mi się jeszcze jedno pytanie, będące jednocześnie tytułem kolejnej książeczki, którą Neal Lozano napisał dla swoich wnuków. Pamiętacie Anię i jej pytanie o błogosławieństwo? Oto kolejna opowieść. Tym razem Ania nocuje u swoich dziadków i choć początkowo bardzo się na to cieszy, kiedy dziadek wychodzi z pokoju po wspólnej wieczornej modlitwie i błogosławieństwie, Ania chce go jeszcze zatrzymać.



Tu dziadek opowiada Ani o tym, jak uczniowie Jezusa uczyli się widzieć Go oczami serca, 
gdy po zmartwychwstaniu obiecał im, że da im Ducha Świętego i będzie z nimi już zawsze. 



Neal Lozano, Czy Bóg widzi mnie w ciemności, Łódź 2012

Uwielbiam tę opowieść, podobnie jak pozostałe książeczki Neala. Przypomina mi ciągle o tym, po co zostaliśmy dani naszym dzieciom - by przez nasze słowa i najprostsze gesty, naszą modlitwę, zwykły uśmiech czy pocałunek na dobranoc mówić im o miłości Ojca, objawiać Jego serce. 

Jest taka piękna modlitwa św. Teresy z Avili:

Chrystus nie ma teraz innego ciała, poza twoim ciałem,
Nie ma na ziemi innych rąk, innych nóg niż twoje.
To twoimi oczami patrzy ze współczuciem na ten świat,
Twoimi stopami przemierza ziemię, by czynić dobro,
Twoimi rękami rozdaje błogosławieństwo.
Chrystus nie ma teraz innego ciała, poza twoim.

Więc to od nas zależy, jak i kiedy nasze dzieci poznają w Bogu swojego Ojca.






poniedziałek, 5 października 2015

Sznur mierniczy

W ostatnim czasie miałam okazję trochę podróżować, oderwać się od codzienności, spojrzeć na nią z pewnego dystansu, zasmakować zmiany, pooglądać trochę dalekiego świata. A jednak kiedy wczoraj stałam znów w swojej kuchni, przygotowując kolejne posiłki dla naszej szóstki, piekąc babeczki i jednocześnie wiodąc rozmowę na tematy filozoficzne z najstarszą królewną, a potem rozwikłując problemy matematyczne z drugą z kolei panną, naszła mnie nagle refleksja, a raczej cały zbiór refleksji, które możnaby streścić w najprostszym "Tu mi dobrze". 

Tu jestem najszczęśliwsza. Tu jest moje miejsce, centrum mojego życia. I nikt nie wmówi mi, że jest inaczej - tak po prostu czuję. Choćby mnie przekonywano, że nie mogę czuć się spełniona jako "kura domowa", że przecież spełnienie czeka na mnie gdzie indziej, w tak zwanym "świecie", w którym robi się "kariery" - ja i tak wiem swoje: dziś, na tym etapie życia mojej rodziny, najpełniej spełniam się stojąc w kuchni, dlatego z całą premedytacją i świadomością tę kuchnię wybieram. 


Byłam w tym dalekim świecie, miałam okazję robić wiele rzeczy, które uznaje się za dające spełnienie, spotkałam wspaniałych ludzi, uczestniczyłam w wielkich, międzynarodowych projektach - i wszystko to jest dla mnie niezwykle cenne, absolutnie temu nie przeczę. Ale to właśnie tu, gdzie mogę towarzyszyć drugiemu człowiekowi od pierwszych chwil jego życia, być świadkiem tego, jak odkrywa rzeczywistość i jak uczy się ją rozumieć, mieć udział w kształtowaniu jego osobowości, w wychowywaniu go do wielkości pojmowanej jako wolność we wchodzeniu w swoją najgłębszą tożsamość, gdzie mogę wreszcie troszczyć się o jego najprostsze potrzeby - począwszy od fizjologii a skończywszy na duchowości - tu właśnie czuję, że jestem najbliżej tego, co jest treścią życia.

Mocno dotykają mnie słowa z wczorajszej perykopy: "Nie jest dobrze, żeby mężczyzna był sam; uczynię mu zatem odpowiednią dla niego pomoc" (Rdz 2, 18). Użyte w tym miejscu hebrajskie słowo "ezer" oznaczające "pomoc" pojawia się także tam, gdy mowa o samym Bogu niosącym pomoc Izraelowi*. Mówi ono o tym, że kobieta stworzona została jako odzwierciedlenie owego rysu osobowości Boga, który przynagla Go do niesienia pomocy tym, którzy na Nim polegają, którzy nie poradzą sobie bez Niego, którzy liczą na Jego troskę i współczucie. To wielkie zadanie i ogromny przywilej. Królewskie dzieło.

Nie chciałabym za nic wyrzec się tego miejsca, nie zamieniłabym na nic innego możliwości służenia drugiemu człowiekowi w ten właśnie sposób, umywania mu nóg, przekazywania i otaczania opieką życia - tego, co najcenniejsze. Nic się temu nie równa. 

Wracam więc znów do słów psalmu, które stawiają całą sprawę we właściwej perspektywie, pozwalają odrzucić fałszywy obraz owej "kuchennej" roli i pokazują jej prawdziwą wartość:

"Sznur mierniczy wyznaczył mi dział wspaniały
i bardzo mi jest miłe to moje dziedzictwo".
(Ps 16, 6).

Wierzę, że to właśnie zostało mi powierzone.



*Tę refleksję zawdzięczam Johnowi i Stasi Eldredge, por. "Urzekająca", Wydawnictwo Logos, 2014.